Podróż w jogę
Czemu podróż i czemu w jogę?
Pomysł na tę podróż zrodził się z fascynacji.
Nie pamiętam już dokładnie, kiedy zwróciłem się ku jodze ani co mną wtedy kierowało. Miałem książkę Iyengara ze zdjęciami asan i urzekło mnie ich piękno.
Zacząłem ćwiczyć. Każdego dnia i w każdym dogodnym miejscu.
Byłem wtedy już od kilkunastu lat w innej podróży. Rzeczywistej — z kraju do kraju. Nie mogłem mieć stałego nauczyciela ani wstąpić do żadnej szkoły, bo cały czas byłem w ruchu.
Miałem tylko tę książkę. Zawierała program praktyki rozpisany na kilka lat, metodycznie uporządkowany według stopni trudności. Ten liniowy postęp dawał mi poczucie stabilności. Nie musiałem szukać po omacku.
Gdy poczułem, że moja praktyka asan zaczyna mnie usztywniać, pojawił się oddech i poszukiwanie płynności. Wraz z tradycją Krishnamacharyi odkryłem ruch prowadzony oddechem i jogę wykraczającą daleko poza matę.
Pojechałem do Indii i rozpocząłem naukę w Krishnamacharya Yoga Mandiram w Chennai. Większość dnia spędzaliśmy na wykładach. Studiowaliśmy Jogasutry, historię tradycji jogicznych, psychologię indyjską, ajurwedę i terapeutyczne zastosowania jogi. Samej praktyki asan było niewiele.
Zaskoczyło mnie to. Uświadomiło mi jednak, jak wiele jogi znajduje się poza samym wykonywaniem ćwiczeń.
KYM było zarazem szkołą i miejscem terapii. Ludzie przychodzili tam z bólem lub innymi dolegliwościami, a podczas rozmowy często okazywało się, że ich problemy wiążą się także ze stylem życia, sposobem postrzegania i codziennymi nawykami.
Wyniosłem stamtąd dwie ważne nauki.
Pierwszą było podejście holistyczne: rzeczywista zmiana często wymaga uwzględnienia wielu wzajemnie powiązanych obszarów życia.
Drugą — że joga nie służy tylko nam samym. Jogą można pomagać.
Nadal jednak czegoś mi brakowało.
W tradycji Satyanandy ponownie odkryłem ciało. Podczas jednej z pierwszych indywidualnych lekcji mój nauczyciel polecił mi jedynie wyciągnąć ręce i zaciskać oraz otwierać dłonie. Była to duża lekcja pokory dla adepta, który sądził, że zaszedł już „tak daleko”.
A jednak właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem swoje dłonie.
Później podobnymi odkryciami stawały się kolejne miejsca w ciele, o których istnieniu wcześniej niemal nie wiedziałem. Pojawiła się joga nidra i przemierzanie wnętrza ciała. Pojawiła się antar mouna i doświadczenie, że można zauważyć sam moment powstawania myśli.
Tradycja Satyanandy odegrała na mojej drodze ogromną rolę. To w niej znalazłem mapę pokazującą, jak różne ścieżki jogi mogą ze sobą współpracować. Jak podejścia wychodzące od ciała, działania, umysłu czy emocji nie muszą konkurować, lecz mogą się wzajemnie wspierać.
Zacząłem rozumieć jogę jako praktykę obejmującą całość naszej egzystencji.
Ale także to nie było końcem poszukiwań.
Coraz wyraźniej czułem, że praktyka skupiona wyłącznie na własnym rozwoju pozostaje niepełna. Pytanie o siebie zaczęło prowadzić ku pytaniom o relacje, codzienne działanie i życie społeczne.
Ten kierunek wzmocniły moje doświadczenia w Auroville, a później spotkanie z sufizmem i tradycją Inayata Khana, poznawaną przeze mnie pod kierunkiem Macieja Wieloboba. Szczególnie ważna stała się dla mnie myśl, że duchowość nie realizuje się poza życiem, lecz właśnie w naszych codziennych relacjach i rolach.
Z tych doświadczeń zaczął wyłaniać się coraz pełniejszy obraz.
Joga jest dla mnie jak rozległy las: pełna ścieżek, tradycji i technik, z których każda podejmuje inny obszar naszego doświadczenia. Niektóre drogi są szerokie, dobrze opisane i od dawna uczęszczane. Inne stają się widoczne dopiero wtedy, gdy uczymy się uważniej rozpoznawać to, co zachodzi w naszym ciele, oddechu i umyśle.
Ścieżki te splatają się ze sobą. Przy uważnym spojrzeniu zaczynają tworzyć mapę, która pomaga orientować się w terenie.
Mapa nie jest jednak terenem.
Żeby go poznać, nie wystarczy czytać o praktyce ani wykonywać technik mechanicznie. Trzeba sprawdzać, jak działają w naszym własnym doświadczeniu.
Chciałbym zaprosić Was w podróż po tym lesie.
Nie do przypadkowego przeskakiwania z techniki na technikę, lecz do stopniowego poznawania kolejnych ścieżek. Tak, aby jedna praktyka przygotowywała do następnej, a każda otrzymała czas, by z nią pobyć i poczuć, jak w nas działa.
Nie będziemy poruszać się po jednej prostej. Będziemy wracać do tych samych obszarów, za każdym razem przyglądając się im z innej strony i wchodząc trochę głębiej.
Zaczynamy od spraw najbliższych: ciała, oddechu, napięcia, myśli i zwykłej codzienności. Z czasem może się jednak okazać, że prowadzą one dalej — ku temu, jak żyjemy z innymi i jaki świat wspólnie tworzymy.
Zapraszam.
